Gdzie są prawdziwi Kirgizi?

Żeby zobaczyć prawdziwy Kirgistan muszę wspiąć się trochę wyżej. W kirgiskie góry zamienione latem w pastwiska i upstrzone jurtami, w których żyją pasterze (czabany) z rodzinami i stadami koni. Kobiety doją kobyły co dwie godziny, mleko jest sprzedawane jako świeże saamal, ale głównie robi się niego kumyz. W tym celu mleko wlewa się do drewnianych beczek lub specjalnych naczyń ze skóry i ubija się drewnianą pałką, zwaną po kirgisku biszkek, stąd tez obecna nazwa stolicy kraju. W czasach koczowniczych mleko ulegało fermentacji w skórzanej sakwie przytroczonej do siodła konia podczas przemieszczania się dżygitów.

Wybrałyśmy się z Akylai zobaczyć jedyne zamczysko w Kirgistanie, czyli Tasz Rabat i przy okazji Song-kul, jezioro położone na wysokości 3030m n.p.m. Miejsca to trochę odległe, na końcu mało uczęszczanych dróg, ale na przekór wszystkiemu spróbowałyśmy tam dojechać autostopem. Po drodze do Koczkoru odrzucamy zaproszenie do sanatorium i zamiast wyleczyć swoje alergie zabieramy je w dalszą drogę do Naryna. 

Droga wznosi się coraz wyżej, już zaczęłam sobie przedstawiać jak tam jest zimą. Ale podobno w samym Koczkorze jest bardzo mało śniegu w porównaniu z pozostałą okolicą. Tłumaczy to legenda. Żył sobie mądry, lecz bardzo ubogi wędrowiec. Podczas jednej ze swoich podróży zatrzymał się w obozowisku miejscowego chana, który miał niezwykłej urody córkę. O jej rękę starali się wszyscy okoliczni książęta, bezskutecznie. Dzielny wędrowiec również się w niej zakochał i zapragnął ją poślubić. Chan się zaśmiał nad biednym włóczęgą, ale postanowił, że da mu jednak szansę, stawiając przed nim bardzo trudne zadanie. Zaproponował mu zająć się przez 10 lat hodowlą wielbłądów. Jeżeli przez ten czas, będzie w stanie zwiększyć ich ilość stukrotnie, ożeni się z jego córką. Młodzieniec był tak zakochany, że zgodził się bez wahania. Pierwsza zima była niezwykle surowa. pewnego razu mróz, śnieg i przenikliwy wiatr doprowadziły go do skrajnego wyczerpania. Wtem ostatkiem sił zaczął krzyczeć koch kar, kocz kar czyli precz z tym śniegiem. Wtem natura usłyszawszy jego płacz i jęki zlitowała się nad nim. Wiatr przestał wiać, śnieg przestał padać. Podobno od tej pory śnieg rzadko nawiedza Koczkor, a jeżeli już, to w niewielkiej stosunkowo ilości. Ostatecznie młodzieniec zdołał rozmnożyć wielbłądy do pożądanej ilości i poślubić córkę chana.


Około 20 km przed miastem zabiera nas szef policji w Narynie. By stało się zadość kirgiskiej gościnności, przed wjazdem do miasta zbaczamy na piknik. W samochodzie jest wszystko: mięso, chleb, pomidory, ogórki, wódka i kumyz. Wynajmuje dla nas apartament lux w hotelu Ala Too, zamawia najlepszy szaszłyk w mieście, którym się delektujemy w rekreacyjnej dzielnicy za miastem. Po drodze do hotelu zaopatruje nas w produkty śniadaniowe. Rano przed hotelem czeka samochód, który zawozi nas do Tasz Rabatu właśnie.

Kiedyś wstęp tutaj był wolny, teraz droga zagrodzona jest szlabanem i miejscowi płacą 20 somów, obcokrajowcy 100. Rodzina zamieszkująca pobliski wagon i jurtę obsługuje cały ruch turystyczny czyli wydeptuje kilka, czasem kilkanaście, niekiedy kilkadziesiąt razy dziennie ścieżkę do bramy zamczyska, by ją otworzyć, gdy tylko na horyzoncie pojawiają się turyści. Przybywa ich tu wcale nie mało, zarówno pojazdami o wielu mechanicznych koniach, a spora grupa także na wynajętych wierzchowcach, co ma nadać posmak koczowniczego życia i wzbogacić przeżycia z kraju nomadycznych Kirgizów. Na potrzeby turystów wokoło rozłożyły się również jurty.

W zamczysku o 30 malutkich kamiennych pokoikach niemiłosiernie hula wiatr. Ogrzać się można tuląc się do trawy na stoku powyżej twierdzy. Na ponad 3 tys. m n.p.m.,  tuż przy ziemi, gorące promienie słońca wygrywają z wiatrem. Jakże smakuje tam mięso i kumyz! Ja jeszcze nie mogę oderwać się od kirgiskich ogórków, bo niedawno przyjechałam z Polski.

Datę powstania obiektu pokrywają wciąż ciemne mroki historii, prowadzące nas jednak w okres średniowiecza i jest to największa kamienna budowla tej epoki w Azji Centralnej, chociaż obecnie jej rozmiary nie robią żadnego wrażenia. Stoi na historycznym szlaku handlowym z doliny fergańskiej do Kaszgaru. Najprawdopodobniej była schronieniem dla kupców i wszelkiej maści wędrowców. Obecnie tkwi jakby zagubiona na dziewiczym pustkowiu, na jednym ze zboczy Tien Szanu, z podziemnym tunelem prowadzącym w nieznane. Może na przeciwległą stronę wzgórza, może do Chin. Tylko 90 km stąd do chińskiej granicy.

Tą sama drogą przez At Baszy „głowę konia” wracamy do Naryna, skąd następnego dnia wyruszymy w stronę Song-kulu, choć można tam było przejechać prosto z Tasz Rabatu, nie tak zupełnie prosto, ale przez góry. Dlaczego At Bashy to At Bashy? Otóż jeden z kirgiskich pasterzy sprzedawszy swoje bydło w Andiżanie, wracał do domu. Niezwykle utrudzony zatrzymał się na nocleg na pastwisku, gdy rano przywoływał swojego konia ten zaczął uciekać. Pasterz pojmawszy wreszcie konia, zabił go, a mięso ugotował. Głowę pozostawił i nazwał to miejsce głowa konia, resztę mięsa zabrał ze sobą i żywił się nim w dalszej drodze do domu. Miejsce, gdzie zjadł ostatni kęs nazwał Naryn od gęstej zupy z drobno pokrojonymi kęsami mięsa.

Naryn, najzimniejsze miasto w Kirgistanie. Serce tego kraju, skąd pochodzą prawdziwi Kirgizi i gdzie rozbrzmiewa czysty kirgiski język. Otulam się swetrem podczas spaceru przez miasto, choć to pełnia lata. Miejsce zapomniane przez rządzących, ludzie skazani sami na siebie. Betony i rdza pokrywają wszystko, żywe jest tylko wspomnienie Związku Radzieckiego. Akylai odwiedza blok, w którym spędziła dzieciństwo. Nic tu się nie zmieniło przez prawie 40 lat. Te same huśtawki i karuzele na placu zabaw, tylko bardziej pordzewiałe. Jest jeden nowy budynek w mieście, to tureckie liceum. Tylko ręka jednego z poważniejszych inwestorów w Kirgistanie sięgnęła w te góry. Cały Naryn to 2 równoległe ulice w wąskim wąwozie. Miasto jest wąskie, ale długie, ciągnie się przez 18 km. 

Tą samą drogą przez most na rzece Naryn, wyjeżdżamy z miasta. W tym miejscu jej wody maja kolor błota, w okolicach Toktogułu zmienią kolor na szmaragdowy. W budowie jest droga, która niedługo poprowadzi bezpośrednio do Dżalalabadu omijając Biszkek.

Wiozący nas Marat, jako jeden z nielicznych zaczyna wywód o korzyściach przystąpienie Polski do UE i krzywdach wyrządzonych w Azji środkowej przez Związek Radziecki. Amu Daria zubożała w wodę, wyschło jezioro Aralskie, ale wymarła też kirgiska rasa baranów, gdy zaczęto sowiecką politykę hodowli, więcej i szybciej. Więcej mięsa, skór, wełny. Poskutkowało to zarazem zadeptanymi stokami górskimi, zmianami w roślinności.

Zatrzymujemy się na kumyz. Marat narzekając na komercjalizację współczesnego życia wspomina jak drzewiej bywało. Kirgiskim zwyczajem było witać przybysza kumysem, obdarować na drogę kumysem, w żadnym wypadku nie należało go sprzedawać. Włosy mu stają dęba na wysokość  kałpaka, gdy dodaję, że teraz nawet sumuluk w Biszkeku sprzedają w Nouruz, czyli tradycyjny napój przyrządzany z pszenicy i gotowany przez całą noc. Jest przygotowywany tylko raz w roku.

Docieramy do zakrętu na Song-kul, zostało 90 km. Droga pnie się w górę, w nieznane. Kilka kilometrów dalej jest wioska, jedyna ludzka osada na trasie nad jezioro. Później już tylko letnie jurty pasterzy i kilka baz turystycznych nad samym jeziorem czynnych też tylko latem. Jedynie kontrabanda rybna działa tam cały rok. Do wioski docieramy bez problemu, zaopatrujemy się w chleb, wodę i czekamy, aż pojedzie i nas zabierze. Szybciej niż myślimy zabieramy się z chłopakami, którzy jadą do swojego ośrodka na południowym brzegu. Zatrzymujemy się po drodze przy źródełku, z którym związana jest historia pewnej pięknej aktorki. Wysiadamy przy pierwszych jurtach, kilka km od jeziora.

Wkrótce jesteśmy gośćmi w jurcie Szamszybeka. Gospodarz nieobecny. Przy kuchenno-gospodarskich pracach krząta się żona i dzieci. Teściu przechadza się konno po okolicy. Od czasów Kapuścińskiego dużo się zmieniło. Przebywanie na letnich pastwiskach jest prywatną inicjatywą czabana, który zbiera bydło z całej wsi i zysk ze sprzedaży produktów mlecznych. Oprócz tego otrzymuje też państwowe wynagrodzenie. Pracy w to dzieło wkłada jednak niemało. Oddający swoje bydło na letnie pastwiska pod opiekę czabana, płacą podatki i pozbywają się na cały sezon kilku, kilkunastu, albo kilkudziesięciu łbów do wyżywienia.

Tafla jeziora błyszczy w wielkiej oddali. Idziemy ledwo widoczną drogą na tienszańskim plateau, która ma nas zaprowadzić do jeziora. Mamy wrażenie, że oddala się ono zamiast przybliżać. Zniecierpliwione wybieramy własną drogę na skróty. Wybrałyśmy niezbyt szczęśliwie, bo przez bagna. Z ledwością ratując nasze buty, doczekałyśmy upragnionej chwili, by dotknąć song-kulskiej wody.  
Wracając znów usiłujemy natrafić na ślad drogi. W oddali widzimy samochód, biegniemy w jego kierunku. Zatrzymuje się i czeka. Zaoszczędzimy ładnych kilka kilometrów. Samochód jest co prawda wypełniony już dziewczynami, które z ojcem wyskoczyły na krótką kąpiel w jeziorze. Ale bagażnik był prawie pusty, nie licząc kilka bliżej nie znanego pochodzenia sprzętów. Byli trochę zdziwieni, skąd wzięłyśmy się na tym pustkowiu, z dala od jurt oferujących turystyczne usługi. Dziewczyny nie mogły sobie pozwolić na długie plażowanie, kobyły trzeba doić co 2 godziny. Mieszkają po sąsiedzku, jakiś kilometr od naszej jurty. 

Gdy słońce zachodzi, natychmiast robi się zimno. By się trochę ogrzać gramy z dzieciakami w piłkę wśród dużych, kamiennych półkręgów, na których stały niegdyś ogromne kotły z gotującą się strawą dla walczących tu koczowniczych plemion, których świadkiem była również ta równina nad wysokogórskim jeziorem i okoliczne przełęcze.

Kamienie ułożone w okręg. Nieprzypadkowo, to na nich stawiano kotły, w których warzono strawę dla wojska, walczącego z kałmukami.

A na południu nieustanne animozje inno narodowo-kirgiskie. Na przedpolu Kotliny Fergańskiej jak na wulkanie. Czasem dymi od sporów o przysłowiową miedzę, wodę i pastwiska, ale nie wiadomo, kiedy znów wybuchnie poważniejszy konflikt. Widziałam tu żyjących w przyjaźni Uzbeków, Turków, Tadżyków, Tatarów, natomiast Kirgizi tutejsi przyjaźnią się raczej tylko z Kirgizami.

Ulan, Uzbek, którego cała rodzina mieszka w Kirgistanie, omija szerokim łukiem wszystkie prowadzone przez Kirgizów jadłodajnie. Południowa część Kirgistanu, zwana też uzbecką, bo to tutaj właśnie usadowiona jest najliczniejsza z mniejszości etnicznych tego kraju, ma opinie bardzo restrykcyjnej obyczajowo. Kobieto mieszkająca tutaj, pamiętaj, że twoje święto jest 8 marca. W inne dni zamilcz. I twoje miejsce jest w domu. Masz tutaj co robić, począwszy od 5 rano, kiedy to trzeba zacząć dzień od zamiatania podwórza. Jeśli chcesz iść do pracy zawodowej, to idź i nie wracaj, a po drodze znajdź sobie innego męża.

Jestem zaskoczona rozbudową Oszu wzwyż oraz spotkaniem Batyra, który całe popołudnie przywoływał nostalgiczne obrazy Polski sprzed 20 lat, czyli z czasów swojej służby wojskowej. Uderzał jego zachwyt nad czystością, piętrowymi pociągami, gościnnością, pyszną szynką i rybą.

Ciąg dalszy "Gdzie są prawdziwi Kirgizi?" nastąpi

Salam Biszkek



Do Polski bliżej co dzień, minuta rozmowy już moze byc za 1,5 soma

19. 07. 2014

Kirgizi lubią śpiewać. Pierwszy wieczór musiał być muzyczny. Ałmaz z dumą nałożył mi słuchawki, bym jako pierwsza w całości wysłuchała jego nowego albumu, po prawie ostatnich poprawkach. Zażyczyłam sobie, by na okładce prócz nazwisk autorów było również pierwsze pełne wysłuchanie… Kirgistan to kraj gór i ciekawych głosów, jak np. nowa nadzieja kirgiskiego narodu Nuraim Rysbekova sugeruję mieć ją na oku. I tak wśród śpiewów u stóp niebiańskich gór zapomniałam, że nie śpię już prawie drugą noc.


Od rana trzeba się od nowa nauczyć chodzić po biszkeckich ulicach, a to oznacza że, po pierwsze, gdy zapala się czerwone światło, powinno się już być na środku ulicy. Po drugie, kto silniejszy ten lepszy, więc cały trzeba się bacznie rozglądać, niezależnie od tego czy światło jest zielone, czy czerwone, gdyż samochód ma tutaj zawsze pierwszeństwo (silniejszy;-)). Po trzecie, idąc chodnikiem też często trzeba schodzić z drogi samochodom, które mają kaprys właśnie tamtędy jeździć, a im większy samochód, tym chętniej wjeżdża w tego typu miejsca. Po czwarte, przechodząc na zielonym świetle, idzie się slalomem, bo samochody również bardzo lubią akurat tam się zatrzymywać, chciałam powiedzieć ”na zebrze”, z tym że „zebrę” trzeba sobie wyobrazić. Ale za to wsiąść do publicznego transportu można wszędzie, a tym bardziej wysiąść. Na środkowym pasie, na czerwonym świetle i generalnie każde miejsce może być przystankiem na życzenie. W ten przyganiają Europie, myląc wolnośc i demokrację ze swawola. 

A propos pasów, w wielu miejscach nie są namalowane. Skoro i tak nikt nie trzymałby się swojego pasa, to rzeczywiście szkoda farby. W krajach azjatyckich pasy powinny być rysowane linią falistą, w niezliczonych wariantach i wąskie, gdyż bliskość jest tutaj powszechnie obowiązującą zasadą. Tak w stosunkach międzyludzkich, jak i w ruchu drogowym. Im bardziej na południe, z tym większą intensywnością.

Zakaz skrętu nie oznacza, że samochody nie będą tam skręcały. Kirgizi jako naród, który na pewnym etapie swojego koczowniczego życia zatracił piśmiennictwo, jest skłonny bardziej przestrzegać praw mówionych niż pisanych. Co z tego, że istnieje kodeks ruchu drogowego, jest po prostu książką. A jeśliby Atambajew wyszedł i powiedział: Narodzie, tutaj nie wolno skręcać, to takie prawo ma większe szanse być przestrzeganym.

Jeśli podporządkować się tutejszym zasadom (brak zasad też jest zasadą), w zamian otrzymuje się gorące dni i prawie tak samo gorące noce. Przepyszne pomidory, ogórki, arbuzy, melony, zwłaszcza te, które przywędrowały z Tadżykistanu. Niezliczone rodzaje zieleniny, Kirgizi żartują, że u nas tylko pietruszka i koper. A przecież jest jeszcze szczypiorek! Gratis są obfite ilości pyłu jak przystało na suchy klimat, zwłaszcza w tym roku. 

Biszkek próbuje się przesiąść na dwa kółka, nowością są uliczne wypożyczalnie rowerów, które w tym roku rozłożyły się gęsto na mieście. Można więc jeździć w kółko po deptakach, bowiem na ulicach, hmm… po prostu nie ma dla nich miejsca. Drogi dla rowerów jeszcze nikomu się nie przyśniły.
Odremontowany salon polskich mebli

Latem Biszkek jest nie tylko gorący, ale też rozleniwiony i senny. Życie przenosi się nad Issyk-kul, czyli z piekarnika do temperatury zbliżonej do polskiego Bałtyku. A tam festiwale, wybory miss i tego typu zawroty głowy. 

Igrająca z ogniem
Dzięki mistrzostwom świata w piłce nożnej wiele lokali pozamieniało się w strefy kibica. Wśród kibiców więcej kobiet, wkładających wiele emocji w kibicowanie. Za nimi rozsiada się męska część, bardziej niż w ekrany telewizorów, wpatrzona w kibiców płci przeciwnej.
Na finalny mecz miejsca w lokalach trzeba było rezerwować wcześniej. Tutaj owo wielkie wydarzenie wypadło o pierwszej w nocy i ulice przypominały wówczas wieczorne godziny szczytu. Bonya, gdy staliśmy w korkach, pracował na swoim nieformalnym etacie, czyli rozwiązywaniu problemów żeńskiej części Biszkeku. Jest zakochany w swoim kraju, nic dziwnego otaczają go nie tylko góry, ale także proporcjonalnie do gór wysokie dziewczyny. Ma niesamowitą zdolność ich przyciągania. On swoim wzrostem sięga im zaledwie do biustu. Tego wieczoru dzwoniła miss Biszkeku, pokłóciła się z mamą, więc ta zabrała córce paszport i zamiast wylotu do Stambulu na kolejny konkurs piękności, pozostało jej tej nocy również oglądanie meczu.

- Bonya, jakie jeszcze dziwne problemy mają dziewczyny w Biszkeku? – Staram się by zabrzmialo bez ironii.
- Jestem przekonany, że takie same jak w Polsce i wszędzie na świecie. Bo ktoś „go” widział z inną itd. I strasznie samotne są te dziewczyny. Im ładniejsza, tym bardziej samotna. Faceci boją się takich kobiet. 
Dojechaliśmy do naszej knajpki. Właścicielki Gruzinki nie było, ale przyjechała Astra. Życie za biurkiem w banku jej się nie spodobało, wybrała włóczęge ze śpiewem po knajpach w Turcji. Na tyle jej się spodobały tureckie towary, ze zaczęła je rozpowszechniać w Kazachstanie. Wróciła do śpiewania. Napatoczył się również muzykalny Włoch z Sardynii. Z min, jako mężem wróciła do Kirgistanu, otworzyli właśnie nową włoską restaurację. Zatrudnili kucharzy. Okazało się, że nie tylko gotują, ale też śpiewają i komponują. Ona te,z tęskni za śpiewem. Przyleciało, dosłownie, do nas też dwóch pilotów. Samolotami towarowymi podróżują dookoła świata. Trochę szybciej niż ja. Podobnie jak mnie bardziej ich interesowała reakcja kibiców niż sam wynik meczu. W trakcie drugiej połowy meczu była obszerna rzecz Astry o wyższości Sardyńczykw nad wszystkimi innymi mężczyznami świata. W czasi dogrywki zminiłyśmy temat, ale po zakończonym meczu, gdy lokal opustoszał usiłowaliśmy  sobie przypomnieć z pilotami, kto wygrał. 

P. S.
 Sardyński mąż jest przeuprzejmy, niemal non stop w restauracji, kraży między stolikami, wita się ze wszystkimi klientami i zabawia krótszą lub dłuższą rozmową. 
A dla tych kto już zupełnie piłką nożną nie może się zainteresować pozostają kluby żyjące swoim życiem. W Kremlu Arno pokazuje swoje fire show, co tydzień igrając tutaj z ogniem. Po czym jej ubranie pachnie niesamowicie nieuroczo. Oprócz sportu emocje budzi oczywiście polityka. Czy Atambajew zostanie prezydentem na kolejną kadencję, chyba miejscowe klany na to nie pozwolą.

Komsomołska Prawda powitala dobrą kawą, ciągle im brakuje fotografow.

Kirgiz zszedł z konia

Janyl
Nie tylko reportaż Kapuścińskiego z lat 60. się zdezaktualizował. Kirgiz naprawdę zszedł z konia i chowa się już nie w jurcie, ale w domach glinianych, murowanych, ceglanych chruszczovkah, betonkah i elitnyh mnogoetazhkah. Albo ucieka za chlebem do Kazachstanu, Rosji, Stanów Zjednoczonych. Czasem... nie wraca. Teraz Kirgizki górą (wierzchem).



Не только репортаж Капущинского [Киргыз слезает с коня-  одно из наиболее известных в Польше описаний Кыргызстана] с 60-х годов является устаревшим. Киргиз действительно сошел с коня и скрывается не только в юрте, a в домах из глины и других, кирпичных хрущевках, бетонках или элитных многоэтажках . Либо уезжает за  „хлебом” в Казахстан, Россию, Соединенные Штаты . И не всегда... возвращаются. Теперь киргызки ездят верхом.

Kapuściński zachwycał się zmianami, które zaszły 50 lat po rewolucji 1917 roku, chociaż i wtedy pisał, że jest to jeden z najbardziej zacofanych regionów świata. Od tego czasu minęło niemal kolejne półwieku. Pomiędzy północą a południem kraju nadal są różnice rozwojowe, choć może w mniejszym stopniu. Kraj ma zdecydowanie więcej utwardzonych dróg niż 5 kilometrów(!). W Tadżykistanie zdecydowanie więcej ludzi umie pisać i czytać niż pół procenta(!).

Капущинский был в восторге от изменений , которые произошли 50 лет после революции 1917 года , хотя и тогда писал, что это один из самых отсталых регионов мира . С тех пор прошло еще почти полвека . Между севером и югом страны  всё еще различия в развитии, хотя, конешно, в меньшей степени . в стране стало больше, чем 5 километров, асфальтированных дорог(!). А в Таджикистане значительно больше, чем пол процента людей, уметь читать и писать(!)

Małych domków wzdłuż ul. Sowieckiej, przed którymi kobiety sprzedawały, maliny, porzeczki trzeba szukać ze świecą na północnych krańcach ulicy. A kobiet z porzeczkami na targowiskach. Pasterzom nie przyznaje się odznaczeń, choć nadal "dowodzą" na wysokich górskich pastwiskach stadami liczącymi kilkaset sztuk. Teraz zarabiaja na tym niemale pieniadze. Duzo sie zmienilo od tej pory. Nadal opiekuja sie laczonymi stadami z calej wsi, ale nie rozliczaja juz ilości otrzymanego mleka, sera czy wełny. To ich zysk. Wzdłuż rzeki Naryń, która kolorem swych wód zawsze będzie przypominać mi Neretwę, powstają nowe elektrownie. Szamani tez gdzieś się zapodziali.

Маленьких домиков по Советской , перед которыми женщины продавали малины , смородины – почти днем с огнем не сыщешь, нужно искать далеко в северном конце улицы.  А женщин со смородиной только на рынках. Пастухов больше не награждают медалями, но они всё ещё руководят высокогорными пастбищами, где стада исчисляются сотнями голов. Иногда эти стада объединяют скотину нескольких хозяев и необходимо точно посчитать количество полученного молока, сыра и шерсти. Вдоль реки Нарын, цвет которой всегда будет напоминать мне Неретву, постоянно строятся новые электростанции. Шаманы тоже куда-то исчезли .

 A ja schodzę z kirgiskiej sceny.


И я ухожу с киргиской сцены